Minęło sporo czasu od poprzedniego wpisu. W międzyczasie ćwiczyłem dużo, rozciągałem się, uczyłem pierwszego laoijia, miałem też dużo przerw w treningach.
Dowiedziałem się wiele o sobie i tym co mogę realnie robić ze swoim ciałem.
Nauczyłem się wiele o stretchingu - na tych zajęciach, o których wspominam poniżej byłem raz jeden i nigdy na nie nie wróciłem - zmobilizowałem się się i rozciągam się w domu - tak jest najlepiej. Kupiłem sobie parę książek o rozciąganiu i eksperymentowałem. Odkryłem iż po stretchingu też najnormalniej są zakwasy, wyznaczyłem granice swojego bólu i wytrzymałości ścięgien.
Rozciąganie to rzecz wspaniała nie tylko pod kątem kung-fu, ale też pod kątem poznania siebie - swojego ciała, emocji i psychiki. Rozciąganie jeśli wykonywane z akceptacją i szacunkiem dla siebie może być bardzo odkrywcze i uzależniające.
Odkryłem, że tai-chi i rozciąganie ciągle mi nie wystarczają. Brak w tym dynamiki. Zacząłem ostatnio więc szukać czegoś dodatkowego i wydumałem sobie, że rozpocznę naukę Ving-Tsun. Idea stylu wydaje się genialna a dynamiki tam nie brakuje. Ving-Tsun kładzie nacisk na walkę górną częścią ciała, nogi mają tam charakter pomocniczy jak zauważyłem. Sztuka ma ta zdaje się cztery nie za długie formy włacznie z jedna na instrumencie stacjonarnym. Wygląda zachęcająco. Jednakże będzie wymagała znowuż przystosowania się do kompletnie innej filozofii ruchu - szybkości i refleksu. Z założenia ćwiczy się tam bez rozgrzewki żeby przyzwyczaić organizm do działania w sytuacjach nagłych.
Do tai-chi przyznam nie starcza mi trochę cierpliwości. Z jednej strony rozumiem, że tu idea jest taka że adept najpierw ma nauczyć się form tak dobrze żeby wykonywać wszystkie ich ruchy bez zastanowienia, całkowicie intuicyjnie i dopiero wtedy przechodzi się do kierowania chi a potem aplikacji. Rozumiem taką logikę. Brakuje mi jednak chociaż kilku aplikacji. Brakuje mi zrozumienia jaki sens ma ruch, który tak często powtarzam. Podobnie nie ćwiczy się jeszcze z nami istoty fa jin ani chin na, a wydaje się, że to właśnie chin-na byłoby dla młodego adepta tai-chi ciekawym przerywnikiem.
A tak chodzę na te treningi i trochę już czasem bezmyślnie powtarzam te ruchy zdaje się często bez żadnej subtelności. Nie umiem na nich się odpowiednio skupić gdy nie wiem czemu służą. Chciałem się parę już umówię na lekcje indywidualne z naszym trenerem, ale nie ma on ciągle czasu w normalnych godzinach po pracy co mnie bardzo zaskoczyło bo spodziewałem się, że z takich indywidualnych zajęć nasz trener głównie żyje, a tu niespodzianka.
Zdaje się, że sam sobie na to poradzę i poszukam innego trenera do zajęć indywidualnych i kupię na Amazonie jakieś DVD z aplikacjami. O! To jest dobry pomysł. Na razie kupiłem parę DVD z formami. Teraz kupię parę z aplikacjami i może potem będę mógł powiedzieć ,że chociaż rozumiem sens ruchu, który wykonuję.
Ostatnio zrozumiałem, ze te treningi tai-chi dwa razy w tygodniu to jest stanowczo za mało aby się czegoś o tai-chi dowiedzieć. trzeba i tak większość pracy odwalać we własnym zakresie. We własnym zakresie dbać o rozciągnięcie, kondycję fizyczną i motywację. Szkoda, że w Warszawie nie ma szkoły tai-chi z prawdziwego zdarzenia, takiej z salami, klimatem, itd. Wiem, że komuś może to zalecieć tandetą, ale mnie by to pomogło w motywowaniu się do pracy i zwalczeniu własnego lenistwa.
Pozdrawiam wszystkich serdecznie i idę trenować na mróz i śnieg.
środa, 6 stycznia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)