piątek, 31 lipca 2009

Bóle...

Ominąłem sobie jeden trening po powrocie z obozu żeby dać kolanom odpocząć...

Byłem wczoraj na treningu i dziś mam takie zakwasy jakbym nie był na żadnym obozie.

Wczoraj ćwiczyliśmy po raz pierwszy tui shou na jedną rękę w staniu. Wykończyło to mi nogi ku mojemu zdziwieniu. Ale ćwiczenie jest git :).

No i zeżarły mnie komary bo zapomniałem psikacza ;).

wtorek, 28 lipca 2009

Piotrzeba Tai-Chi

...demonicznie prześladuje mnie potrzeba wykonywania 19-stki. A tu siedzę w pracy i nie mogę...

Chyba zacznę sobie rano strzelać formę...

niedziela, 26 lipca 2009

Return of the Jedi

Wróciłem.

Umiem już całą 19-stkę. Jestem dumny jak paw :).

Są zakwasy. Starałem się ćwiczyć w niskich pozycjach i chyba przegiąłem. Na tym etapie biodra stawiają jednak opór i nie ma sensu nóg rozstawiać zbyt szeroko bo to powoduje problemy przy zwrotach w formie: trudniej jest utrzymać równowagę oraz trudniej jest kontrolować rozkład ciężaru między nogami. A to przecież ważne.

Na obozie był postawiony nacisk na formę. Chanssigong'u zasadniczo nie było. Uważam, że to błąd zważywszy, że były tam osoby nie mające wcześniej w ogóle kontaktu z tai-chi. Osoby te miały problemy z przenoszeniem ciężaru ciała i ruchami rąk w formie. Nie dziwię się, bo wg mnie bez ćwiczeń rozwijania jedwabiu wiele w tym stylu się nie zdziała, bo niewiele rozumie się z fizyki ruchu.

Nad morzem nie było niestety dobrej pogody - dużo padało i wiało więc ani jednych zajęć nie mieliśmy na plaży. Część była w salce a część na polance. W ogóle pogoda była bardzo zmienna.

W każdym razie jestem bardzo zadowolony, bo oprócz opanowania formy poznałem lepiej kolegów i koleżanki z grup średnio i zaaawansowanej oraz instruktorów. No i poznałem parę fajnych osób.

Było dużo rozmów o formie, o taiji, o sztukach walki w ogóle. Rozmawialiśmy o daoiźmie, buddyźmie i trochę filozofii życia w ogóle. Tak więc dla każdego coś miłego.

Już w poniedziałek kolejny trening. Nie mogę się doczekać bo mam kupę pytań o ustawienie stóp i ciężar ciała.

Od pewnego czasu interesuję się formą Chen z mieczem. Jestem leworęczny i na obozie się "załamałem", gdy obserwując kolegów zaawansowanych zdałem sobie sprawę, że przecież miecz na początku trzyma się w prawej ręce. Będzie mi ciężko z tym mieczem ;).

Wzmocniły mi się odczuwalnie nogi, barki i klata. Nie sądziłem że taiji już na początku będzie wpływało na jakość umięśnienia. A to nie tylko mięśnie. Czuję też poprawę kondycji ścięgien i mięśni stabilizatorów. Moje kolano z pęknięta łąkotką zdecydowanie się wzmocniło i boli mnie odczuwalnie mniej.

To teraz pewnie od września przeniosą nas do grupy średniozaawansowanej i będziemy przyjmować Laojia Yilu. Szybciej to idzie niż sądziłem. Padłem zdaje się ofiarą obiegowych stereotypów na temat taiji :).

środa, 15 lipca 2009

Prolog do obozu

Wczoraj, ćwicząc w domu 19stkę stwierdziłem z dumą, że pamiętam już całą pierwszą i drugą linię bez zawahań. Miód.

Zauważam też ostatnio powoli, ze praktyka taiji zaczyna się powoli przekładać na to jak się poruszam na co dzień. Jakoś tak inaczej chodzę trochę, inaczej się ustawiam do otwierania drzwi, pchania, podnoszenia i ciągnięcia...

Sens ćwiczeń rozwijania jedwabiu staje się dla mnie coraz bliższy i wydaje się, że powoli ale regularnie odkrywam w tych ruchach coś nowego. Jakby coraz więcej logiki.

W piątek wyjeżdżam już na obóz nad morze. Przebieram już nogami normalnie. Nie mogę się doczekać. Nie dość, że odpocznę od pracy to jeszcze tak aktywnie, z innymi, bardzo różnymi ludźmi, poznam w ogóle nowych ludzi, pogadam z instruktorami, pojem dobre jedzonko, zjaram się na słońcu. Poza tym mamy ćwiczyć formę z mieczem. Trochę się boję miecza, bo ponoć wytyka on wszystkie błędy w postawie i ruchu. No ale czad jest, że będę się uczył bądź co bądź fechtunku.

Relacji na bieżąco nie będzie bo nie posiadam laptopa, ale porobię może zdjęcia i może będę notował co ciekawsze zdarzenie żeby je tu potem opisać. Zobaczymy czy mi się będzie chciało ;).

poniedziałek, 6 lipca 2009

Akceleracja i komary na Polach

O Matko! Wczoraj na treningu, znienacka nasz instruktor zarzucił ćwiczenia całej 19stki. A nasza grupa dopiero co skończyła drugą linię. Było dużo śmiechu ze zmieszania i kupa małpowania. Na dodatek, spośród kolegów z grupy średniozaawansowanej, których instruktor rozstawił na około naszej grupy początkującej tylko jeden umiał tą formę.

Nie bardzo mi się to podobało przyznam. Jeszcze komary gryzły jak cholera bo treningi teraz mamy już na Polach Mokotowskich.

Cóż, muszę przyznać, że liczyłem na trochę bardziej "analityczne" podejście. Liczyłem, iż od początku będzie nas się uczyło bardzo dokładnie każdego ruchu. Ale może szkoła nie chce zanudzić ludzi na śmierć.

Nie wiem ile z tego mi się utrwali. W każdym razie na następne zajęcia przynoszę litr OFFa na komary... A parno było, że hej... Ćwiczyliśmy pod wielką, czarną i ciężką chmurą. Każdy czekał aż się ta chmura urwie, ale na szczęście się nie urwała.

Za dwa tygodnie jadę na obóz. Wczoraj, na treningu instruktor poinformował mnie, ze dla początkujących planowana jest nauka laojia yilu - zajebiście. "Ucieszyłem" się bardzo. I jeszcze się chwalił, że w zeszłym roku w tydzień, zrobili na obozie całą starą formę.

Już wiem ,że z wczuwania się w swoje ciało na obozie raczej nici. To będzie raczej rąbanka form.

Panowie! Czy ja mogę prosić troszkę wolniej?!

niedziela, 5 lipca 2009

Addendum

Acha, i jeszcze jedna ważna sprawa. Przydałoby się opisać stan mojego zdrowia, ducha i styl życia zanim rozpocząłem praktykę.

Zanim rozpocząłem praktykę Tai-Chi:

- paliłem papierosy w ilości 10 dziennie,
- miewałem bóle odcinka szyjnego,
- miałem bóle kolan związane z chorobą pod tytułem rozmiękanie rzepek (która mi się objawiła kilka lat temu),
- miałem duże bóle jednego z kolan związane z pęknięciem łąkotki bocznej (dzięki mojej własnej głupocie kilka lat temu w Bieszczadach),
- miałem drętwienia w łydkach spowodowane z pewnością paleniem papierosów,
- nie radziłem sobie ze stresem (czasem nawet kłopoty z zasypianiem),
- denerwowało mnie moje ciało ze swoimi ograniczeniami.

A jak jest teraz?

Niestety niewiele na razie się zmieniło :). Dalej palę itd. Natomiast nie miewam już:

- bóli odcinka szyjnego (zachowuję się z pewnością bardziej ergonomicznie)
- chronicznych bóli obu kolan (mimo iż na początku podczas zhan zhuang kolana mnie po prostu narywały),
- lepiej radzę sobie ze stresem (troszkę lepiej ale zauważalnie).

Ponadto już na tak wczesnym etapie praktyki tai-chi moje ciało mało że przestało mnie denerwować to zaczęło mnie bardzo ciekawić, bo zacząłem zauważać pewne zależności ruchu, obciążeń, zmęczenia i skupienia. Nie będę jednak Was męczył szczegółami bo to i tak są sprawy bardzo indywidualne ;).

Aha, no i cóż - muszę się przyznać że zaczyna mi cholernie przeszkadzać, że palę papierosy. Nie wiem, jakoś tak powoli palenie zaczynam postrzegać jak truciznę. Nie oznacza to, że zaraz będę rzucał ten nałóg, ale myślę, że to wszystko idzie w tym kierunku...

sobota, 4 lipca 2009

Początek.

Jestem na początku. Zacząłem ćwiczyć Tai-Chi dnia 10 kwietnia 2009r. To był dobry dzień. Rozpoczęcie treningu Tai-Chi było jak dotychczas z pewnością jedną z najważniejszych decyzji w moim życiu i pewnie jedną z pierwszych świadomie podjętych dla samego siebie.

Styl, które ćwiczę to Chen. Jest to styl zdaje się pierwotny, od którego początek wzięły inne style Tai-Chi, w tym styl Yang, który dziś jest jak się zdaje najbardziej na świecie rozpowszechniony.

Rozpocząłem praktykę Tai-Chi w stylu Chen świadomie ponieważ zależało mi na aspekcie bojowym. Chen jest stylem dynamiczniejszym nić Yang (o formach innych stylów na razie nie wiem praktycznie nic).

Trafiłem do dobrej szkoły. Uczą tam charyzmatyczni i świadomi sztuki instruktorzy a właściciel szkoły jest osobą godną zaufania i dbająca o dobro swoich uczniów. Nasz mistrz jest uczniem grand mastera Chen Xiaowanga (GMCX). Uwielbiam oglądać formy w wykonaniu GMCX.

Zajęcia odbywają się dwa razy w tygodniu niedaleko miejsca gdzie mieszkam.

Obecnie jestem na etapie nauki formy 19 obrazów. Cieszę się poznając nowe ruchy. Cieszy mnie logika, którą w nich widzę. Co ciekawe, wbrew moim oczekiwaniom im ruch trudniejszy tym prostszy mi się wydaje. Zajęcia sprawiają mi ogromną radość mimo, że jest to duże wyzwanie "neurologiczne" ponieważ wymaga od ciała rewizji pojęć takich jak równowaga, koncentracja, chodzenie, prosta sylwetka, stanie, ruch. Tak, są to dość podstawowe pojęcia dla naszego życia codziennego, szczególnie dla takiego 32 letniego faceta jak ja ;).

Ostatnio na zajęciach doszliśmy zdaje się do końca drugiej linii 19-stki, ale nie jestem pewien szczerze mówiąc bo nie pamiętam jeszcze nawet teoretycznie wszystkich obrazów - przyjdzie z czasem.

Cel jednakże nie jest aż tak ważny. Powiedzmy sobie szczerze: to droga jest ważna. Jeśli będziemy skupiać się tylko na celu nie osiągniemy nic w Tai-Chi. W życiu z resztą też nie. Dzieje się tak bo żyjemy tu i teraz a nie tam, gdzie jest cel. Zostawmy jednak filozofię na boku.

Co czuje ćwicząc Tai-Chi? Czasem czuję, że płynę i wtedy Tai-Chi daje mi ogromną radość. Kiedy indziej czuję, że ruszam się jak zardzewiały tryb w jakiejś machinie. Wtedy rozumiem, że jeszcze nie zrozumiałem ruchu, który właśnie wykonuję. Kiedy indzie znowu nie mam kompletnie pojęcia co robię. Ale robię. Małpuję i nie pytam. Jeszcze za wcześnie na pytania. Nie chcę zresztą na razie pytać bo wiem, że i tak nie wiem jeszcze o co pytać, a mielenie ozorem dla samego mielenia niewiele daje.

Decydując się na Tai-Chi chodziło mi zresztą waśnie o drogę. Ja w Tai-chi praktycznie nie mam celu. I mam ważenie, że to właśnie to pozwala mi się cieszyć ćwiczeniami bardziej niż czymkolwiek innym w życiu.

Za dwa tygodnie jadę na obóz nad morze. Oczekuję ciężkiego treningu. chcę wczuć się w swoje ciało, a nie jest to łatwe. Słuchać swojego ciała trzeba się nauczyć. Słuchanie w ogóle nie jest łatwe... Chcę płynąć :).

Proponuję Wam do przeczytania książkę autorstwa Jou Tsung Hwa od tytułem "Droga Tai-Chi".

W planach moich jest także rozpoczęcie praktyki Jogi. Z początku chciałem równolegle z nauką Tai-Chi rozpocząć naukę Wing Tsun ponieważ jednym z moich bohaterów życiowych jest Bruce Lee. Potem jednak zrozumiałem, że to bez sensu i, że tak na prawdę nie chodzi mi przecież o to by stać się zabijaką. Chodzi mi o to by się lepiej poznać. Aby być lepszym dla innych. Aby żyć w zgodzie ze światem, a koniec końców być szczęśliwym człowiekiem (na razie to tak sobie mi to wychodzi).

Myślę, ze dzięki Jodze mogę szybciej (niż poprzez sam trening Tai-Chi) dojść do poziomu wyciszenia umysłu, który pomoże mi lepiej trenować Tai-Chi.

Chcę wyciszyć swój umysł. Chcę dzięki temu lepiej zrozumieć co na tym świecie jest dla mnie, czyli co sprawia mi największą radość. Chcę także być po prostu dobry dla siebie i swojego ciała. Chcę żyć w uświadomionej zgodzie ze sobą na wszystkich poziomach.

Odważny i ambitny to cel, ale ponownie: to droga jest najważniejsza. A cel niech sobie będzie :).

Po co.

Po co ten blog? Bo czuję potrzebę dzielenia się tym co się dzieje i będzie działo ze mną na ten nowej drodze, którą obrałem. A jest to droga tai-chi. Tai-Chi to nie tylko sztuka walki. To koncepcja, której sztuka walki jest tylko jednym z wyrazów.

Potrzebowałem Tai-Chi aby skontaktować się ze swoim ciałem. Kontakt z ciałem jest mi potrzebny aby skontaktować się lepiej ze sobą.

Więc nie tylko tai-chi. Z pewnością dojdzie joga i coś tam jeszcze. Będzie mi zapewne chodziło o kwestie ciała i tego co z nim robię, a także aspekt duchowy. Aspekt, który jakoś ta magicznie zawsze objawia się gdy zaczynamy pracę z ciałem. Taką na serio pracę z ciałem - taką, podczas której jesteśmy na swoje ciało otwarci.

Potem pewnie jednak konkretne aspekty się rozmyją i zostanie kwestia "ja". No bo o ja w tym wszystkim chodzi. O to jaki jest stosunek mnie do reszty świata i jak żyję swoje życie.